TOP 5: PŁASZCZYKI NA WIOSNĘ

Wiosna zbliża się do nas dużymi krokami, zaczyna się robić coraz cieplej i przyjemniej. To jest chyba najlepsze uczucie, oddychać świeżym wiosennym powietrzem, gdy nasza twarz jest muskana przez ciepłe promyki słońca. Ah, moja ulubiona pora roku! Co za tym idzie, trzeba powoli odrzucić ciężkie zimowe kurtki, swetry i zmienić swoją garderobę na bardziej wiosenną. W związku z tym, przygotowałam dla was przegląd płaszczyków na tę porę roku. Przedstawiam wam moich pięciu faworytów.

 

 

 

Pierwszą propozycją jest wełniany płaszczyk w szaro czarną kratę. Przemówił do mnie jego prosty krój, ostatnio mam obsesję na punkcie prostych kroi. Do tego jest zapinany na jeden guzik, co dodaje mu uroku.

PŁASZCZYK W KRATĘ NOISY MAY

 

 

Drugi płaszcz jest również w stonowanym, szarym odcieniu. Jest krótszy i bardziej dopasowany. Myślę, że idealnie sprawdziłby się w roli cieplejszej marynarki w bardziej chłodniejszą wiosenną pogodę.

SZARY PŁASZCZYK ONLY

 

Kolejną propozycją jest płaszcz bez zapięcia z firmy Esprit. Ten płaszcz z melanżowej dzianiny bouclé z cienką podszewką i naszytymi kieszeniami jest doskonały na porę przejściową! Świetnie rozweseli nawet najbardziej ponurą stylizację i doda jej niepowtarzalnego uroku.

PŁASZCZYK Z MELANŻOWEJ DZIANINY ESPRIT

 

Kolejny płaszczyk jest również z Esprit, przeglądając ich stronę można zakochać się w niemal każdym modelu. Ten płaszcz o delikatnej fakturze z krytą listwą guzikową i plisami emanuje wiosenną lekkością! Przemówił do mnie jego delikatny odcień baby blue i elegancki krój.

FAKTUROWANY PŁASZCZ ESPRIT

 

Moim ostatnim faworytem jest klasyczny, wełniany płaszcz Dorothy Perkins. Jest długi do kolan, przez co dodaje bardziej eleganckiego charakteru stylizacji. Bardzo spodobał mi się jego ciemno zielony kolor, z pewnością będzie pasował do wielu zestawień.

WEŁNIANY PŁASZCZ DOROTHY PERKINS

 

Koniecznie sprawdźcie załączone linki i zobaczcie jak przedstawione modele prezentują się na modelkach! Uwierzcie – robią jeszcze większe wrażenie!

Który płaszczyk podoba wam się najbardziej?

Continue Reading

LWÓW – MAŁA FOTORELACJA

Weekendowy wypad do Lwowa chodził mi po głowie od ponad pół roku. Podobno pięknie, tanio i warto się wybrać. Tak więc kiedyś w końcu trzeba było to sprawdzić. Okazja do wyjazdu nadarzyła się podczas ferii zimowych – wolne od szkoły, wolne w pracy – grzech nie skorzystać. 

 

Jeśli chodzi o środek transportu, wybraliśmy pociąg, z jednej prostej przyczyny – drogi na Ukrainie są OKROPNE! A kierowcy tacy sami, czasami naprawdę zastanawiałam się jakim cudem dostali prawo jazdy. Pociąg po prostu był najbezpieczniejszą opcją.

Pomimo mojego odwiecznego strachu przed podróżowaniem pociągiem, wszystko przebiegło bez komplikacji. Niestety z Rzeszowa nie mieliśmy bezpośredniego połączenia, dlatego przed Lwowem przesiadaliśmy się w Przemyślu. Pomiędzy pociągami mieliśmy dwie godziny przerwy, więc wybraliśmy się na przepyszny obiad do restauracji Cuda Wianki – jeśli będziecie w pobliżu ogromnie polecam!

 

Do hotelu dotarliśmy w godzinach popołudniowych, rozpakowaliśmy walizki i pojechaliśmy na rynek. Miasto nocą wyglądało przepięknie, dłuższą chwilę pospacerowaliśmy, wstąpiliśmy na chwilę do klubu i wróciliśmy do hotelu.

 

Dzień drugi przeznaczyliśmy na zwiedzanie, jednak przed tym skorzystaliśmy z wizyty spa, które oferował hotel. Jeśli chodzi o samo miasto – mnóstwo przepięknych, klimatycznych uliczek i dużo kawiarni. Cóż, jako że jestem ogromnym głodomorem i największą fanką słodyczy, najbardziej podobała mi się fabryka czekolady – raj na ziemi!

 

Nie wiadomo kiedy ten czas zleciał i w niedzielę trzeba było już wracać do domku.

Podróż w tę stronę już miała MAŁE komplikacje, dlatego że…. spóźniliśmy się na pociąg do domu! Całe szczęście, bilety pociągowe były ważne na 6 kolejnych godzin, więc nie pozostało nam nic innego, niż poczekać na kolejny pociąg.

All in all, do Lwowa wrócę na pewno jeszcze nie raz.

 

Podoba Wam się taka mała fotorelacja z wyjazdu z opisami? Czy wolicie inny rodzaj wpisów? Dajcie znać 🙂

 

Continue Reading